Biernacka_skwer

22 Sty BIERNACKA: Zrównoważone budownictwo to więcej niż budynki efektywne energetycznie

 

Zrównoważone budownictwo jest jednym z wyzwań, przed którymi stoją współczesne miasta. O tym, co oceniają certyfikaty i jak zmienia się myślenie o przyjaznych dla środowiska budynkach, opowiada Justyna Biernacka w rozmowie z Joanną Erbel.

Joanna Erbel: Zrównoważone budownictwo kojarzy się przede wszystkim z certyfikatami BREEAM i LEED. Skąd się wzięły i co pozwalają ocenić?

Justyna Biernacka: BREEAM i LEED są wielokryterialnymi systemami certyfikacyjnymi mierzącymi, na ile budynki i ich otoczenie są „zielone”, czyli zrównoważone. BREEAM (skrót od Building Research Establishment Environmental Assessment Method) został opracowany przez brytyjską organizację Building Research Establishment (BRE) na potrzeby lokalnego rynku w 1990 roku. LEED (skrót od Leadership in Energy and Environmental Design) jest z kolei systemem amerykańskim, opracowanym przez Green Building Council (USGBC) w 1998 roku. BREEAM jest obecny w blisko 80 krajach z ponad 500 tys. certyfikowanych obiektów, a LEED w 162 krajach z blisko 50 tys. certyfikacji. W Polsce pierwsze certyfikacje pojawiły się w 2010 roku, w tej chwili mamy już ponad 400 certyfikowanych budynków i liczba ta bardzo szybko rośnie. Oprócz LEED i BREEAM w Polsce pewną popularność zyskały inne systemy, takie jak niemiecki DGNB czy francuski HQE. Trzeba też dodać, że w niektórych krajach wypracowano lokalne standardy dotyczące zrównoważonego budownictwa, z powodzeniem funkcjonujące obok międzynarodowych certyfikacji.

Czego dotyczy ta wielokryterialność?

Wielokryterialność odnosi się do szeroko rozumianego zrównoważenia – określenia, w jaki sposób budynek w projekcie, a następnie w realizacji i codziennym funkcjonowaniu balansuje trzy obszary: środowiskowy, społeczny oraz ekonomiczny. Te kwestie znajdują odzwierciedlenie w doborze kryteriów danego systemu. W większości zielonych certyfikacji te kryteria są zbieżne i dotyczą takich zagadnień, jak zarządzanie budową i inwestycją, teren i lokalizacja inwestycji, mobilność, efektywność w zakresie zużycia energii i wody, dobór materiałów budowlanych i jakość środowiska wewnętrznego budynku. Każde kryterium jest rozpisane na kilka szczegółowych tzw. kredytów, które są punktowane. Najważniejsze kredyty, tzw. prerequisites (warunki kluczowe), są obowiązkowe do spełnienia, pozostałe są kwestią wyboru.

Na przykład w wypadku terenu inwestycji ocenia się, czy wybrana działka była już kiedyś zabudowana. Punktuje się wykorzystywanie obszarów, które wcześniej były już zurbanizowane, np. zanieczyszczonych terenów poprzemysłowych, które na potrzeby nowej inwestycji poddaje się remediacji (oczyszczeniu) i przywraca miastu. Promuje się również zastosowanie przepuszczalnych nawierzchni czy zielonych dachów, aby zatrzymać na terenie wodę deszczową, oraz rozwiązania ograniczające efekt wyspy ciepła. Zauważ, że w jednym kryterium certyfikacji zawiera się co najmniej kilka strategicznych zagadnień, takich jak zapobieganie niekontrolowanemu rozprzestrzenianiu się miast, ochrona wód, bioróżnorodności czy krajobrazu naturalnego.

Oprócz kwestii środowiskowych, lokalizacja inwestycji jest również oceniania pod względem dostępności komunikacyjnej, czy działka jest połączona z resztą dzielnicy, miasta, świata, czy jest autobus, metro, pociąg, czy są ścieżki rowerowe.

To musi być wyzwanie dla biurowców w Stanach Zjednoczonych.

I rzeczywiście jest. Amerykanie poruszają się głównie samochodem, w ten sposób odwożą dzieci do szkoły, jeżdżą po zakupy czy do pracy. Właśnie dlatego w certyfikacji punktuje się takie kwestie, jak długość pieszego dojścia chodnikiem do usług albo liczbę lokali usługowych generujących lokalną miejską aktywność. Poza lokalizacją ocenia się ograniczenie parkowania dla samochodów, miejsca ładowania dla pojazdów elektrycznych oraz dostępność infrastruktury rowerowej: ścieżek, stojaków, czy innych ułatwień dla rowerzystów, takich jak szatnie i natryski. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w budynkach certyfikowanych (w tych w Warszawie też) w garażach znajdują się prysznice, w których pracownicy mogą się wykąpać, po czym świeży i pachnący pójść do biura. Nie miałabym nic przeciwko temu, aby takie rozwiązanie stało się standardem we wszystkich miejscach pracy.

Czy są jakieś cechy lokalizacji albo samego budynku, które uniemożliwiają dostanie certyfikatu niezależnie od spełnienia innych kryteriów?

Jak wspomniałam, w każdym systemie certyfikacyjnym istnieją niezbędne do spełnienia warunki kluczowe, tzw. prerequisites. Różnice leżą w liczbie i restrykcyjności tych warunków. Dużo łatwiej jest uzyskać certyfikat tam, gdzie warunków obowiązkowych do spełnienia jest mniej, a kredytów do swobodnego wyboru więcej. Na przykład amerykański Living Building Challenge jest bardzo wymagającym systemem, w którym trzeba spełnić wszystkie kryteria bez wyjątku.

Czyli jak nie ma chodnika wokół budynku, to budynek nie może być certyfikowany?

Akurat chodnik nie należy do najważniejszych wymogów, za pieszy dostęp do usług możesz po prostu dostać dodatkowy punkt. LEED za najważniejsze kwestie uznaje redukcję zużycia energii i wody, niestosowanie szkodliwych substancji chłodniczych w budynkach, zbiórkę i zarządzanie odpadami, zapewnienie wysokiej jakości powietrza wewnętrznego oraz kontrolę dymu tytoniowego. W BREEAM-ie przykłada się większą wagę do kwestii o różnym stopniu szczegółowości – od stosowania odpowiednich świetlówek, przez unikanie azbestu i szkodliwych substancji chłodniczych, po kwestie związane z akustyką i BHP na budowie. Tu liczba wymogów rośnie wraz z poziomem certyfikacji.

A jak jest z bezpieczeństwem pracy, zwłaszcza pracy podczas budowy? Też jest oceniane?

W tej kwestii certyfikaty się różną. W BREEAM-ie BHP jest jednym z warunków kluczowych. LEED nie odnosi się do tego zagadnienia, co w mojej opinii jest błędem, bo bezpieczeństwo pracy jest przecież istotnym elementem odpowiedzialnego biznesu. Firmy budowlane i deweloperskie powinny dbać o BHP na budowie ze względu na związane z tym ryzyko – utraty wykfalifikowanej kadry, konieczności wypłaty odszkodowań czy utraty wizerunku. Przeciwdziałanie wypadkom na budowie wymaga wprowadzenia odpowiednich polityk, systemów zarządzania oraz wdrożenia procedur, które będą odzwierciedlone w odpowiednich zabezpieczeniach ludzi, sprzętu i placu budowy oraz wykształceniu odpowiedzianych zachowań. Dobre jest to, że w Polsce duże firmy budowlane nawiązały porozumienie w tej sprawie i wspólnie podnoszą standardy bezpieczeństwa na budowach.

Wracając do naszego głównego wątku, kwestia warunków pracy pojawia się w systemach certyfikacyjnych w nieco innym kontekście, a mianowicie w kredytach dotyczących jakości środowiska wewnętrznego, na które składa się jakość powietrza, oświetlenia czy widok z okna. Troska o środowisko wewnętrzne dotyczy również stosowania takich materiałów wykończeniowych, które w zminimalizowanym stopniu lub w ogóle nie emitują substancji toksycznych i alergizujących.

W certyfikacjach zwraca się dużą uwagę na kwestię stosowanych materiałów i zarządzania odpadami. Punktowane są materiały budowlane o dużej zawartości składników pochodzących z recyklingu, pozyskiwane w zrównoważony sposób, np. jeśli do wykończenia budynku używa się drewna (np. drzwi czy posadzki), to musi ono pochodzić z certyfikowanych upraw.

Czyli nie z Amazonii.

Niestety, gabinet prezesa nie może być wyłożony egzotykiem niewiadomego pochodzenia. Drewno musi posiadać certyfikat potwierdzający, że jest z kontrolowanej uprawy.

Mówiąc o certyfikatach, stosunkowo niewiele mówiłaś o efektywności energetycznej, a przecież zrównoważone budownictwo głównie jest utożsamiane z tym wątkiem. Jak to się stało?

To jest rzeczywiście nieporozumienie i wycinkowe podejście do tematu zrównoważonego budownictwa. Certyfikaty wielokryterialne, o których rozmawiamy, są dojrzałymi systemami, co oznacza, że w ich kolejnych wersjach i edycjach ucierały się różne poglądy, mody i przekonania. Ich elementy coraz lepiej się ze sobą zazębiają i uzupełniają, w nowych edycjach uwzględniając najnowsze innowacyjne osiągniecia i koncepcje. Efektywność energetyczna jest jedną z bardziej istotnych kwestii budownictwa zrównoważonego, ale jak już mówiłam, nie jedyną. Być może nieporozumienie bierze się stąd, że certyfikaty zielonego budownictwa na polskim rynku pojawiły się całkiem niedawno, bo w 2010 roku, i dopiero od tego momentu nasz rynek się rozwija. Wymagania Unii Europejskiej dotyczące efektywności energetycznej budynków (dyrektywa 2010/31/UE) przyczyniły się do zmiany polskich przepisów w zakresie efektywności energetycznej budynków oraz pojawiły się różne programy dotacyjne, dopłaty do kredytów i inne instrumenty wspierające rozwój zielonego budownictwa. Podsumowując – całkiem niedawno zaczęliśmy rozmawiać i o efektywności energetycznej i w ogóle o zielonym budownictwie, więc nie jest dziwne, że wielu osobom te tematy zlały się w jedną całość. I może stąd jest takie nieporozumienie, że certyfikaty dotyczą wyłącznie kwestii związanych z efektywnością energetyczną. Niektóre są, ale akurat nie BREEAM i LEED.

Jakie na przykład?

W Polsce jedną z pierwszych inicjatyw dotyczących efektywności energetycznej budynków był uruchomiony w 2005 roku unijny GreenBuilding Programme, który zachęcał do zmniejszania zużycia energii w budynkach niemieszkalnych. Program został zamknięty w 2014 roku po zgromadzeniu wymaganych danych z partycypujących w nim budynków.

Efektywności energetycznej dotyczy standard Domu Pasywnego. To również jest dojrzały koncept, który zaczął być rozwijany pod koniec lat 80. ubiegłego wieku w Darmstadt w Niemczech, nadal funkcjonuje z powodzeniem i jest coraz bardziej popularny, także w Polsce. Przez chwilę (niespełna 3 lata) mieliśmy namiastkę polskiego standardu, którym były wytyczne do programu dopłat do kredytów do domów i mieszkań energooszczędnych NF40 i NF15, opracowane przez NFOŚiGW. Niestety program został w zeszłym roku przerwany.

Nieporozumienie z certyfikacjami wynika z tego, że te kwestie się pojawiły na naszym rynku jednocześnie i płyną z różnych kierunków. Unia Europejska wymaga od nas przede wszystkim spełnienia kryteriów dotyczących efektywności energetycznej. Rynek komercyjny zdominowany jest przez certyfikacje wielokryterialne, budownictwo jednorodzinne rozwija wątek pasywny, a mieszkaniówka wielorodzinna nadal czeka na swój czas.

Wróćmy do kwestii fundamentalnych, po co w ogóle powstały te certyfikaty?

Budynki i ich zbudowane otoczenie, w którym żyjemy i funkcjonujemy na co dzień, mają ogromny wpływ zarówno na środowisko, jak też na nas. Szacuje się, że budynki zużywają 40% energii wyprodukowanej w Unii Europejskiej, odpowiadają za emisje dwutlenku węgla i innych toksycznych substancji – ostatnio mamy okazję doświadczać tego w polskich miastach w formie smogu – przyczyniają się do niegospodarnego zużycia wody pitnej (o którą coraz trudniej) i produkcji ogromnej ilości śmieci. Dołóżmy do tego niekontrolowane rozprzestrzenianie się miast, degradację trenów zielonych, zanieczyszczenia pochodzące z transportu i przemysłu – i mamy nieciekawy obraz naszej ludzkiej działalności. Chęć zmiany tego konwencjonalnego podejścia zainspirowała wielu architektów, inżynierów, socjologów i przyrodników do stworzenia holistycznych systemów, kompleksowo wspierających zrównoważone projektowanie i użytkowanie budynków. Do tego trzeba zauważyć, że nasz świat szybko się zmienia, w związku z tym systemy te muszą być na tyle elastyczne, aby mogły pomieścić innowacje i kolejne wyzwania.

Na ile te innowacje stymulują rynek i wymuszają konieczność produkowania nowych budynków? Czy stare budynki nie przegrywają z założenia z nowym budownictwem?

Niekoniecznie. Wszystkie systemy certyfikacyjne mają opcję dla budynków już użytkowanych. Siłą rzeczy, w istniejącym budynku są elementy, takie jak gabaryty czy elewacja, których nie da się lub bardzo trudno jest zmienić bez poniesienia ogromnych kosztów. Można natomiast poprawić funkcjonowanie systemów budynkowych, na przykład ogrzewania i wentylacji, wymienić urządzenia przyczyniające się do zwiększonego zużycia energii, ograniczyć zużycie wody, wprowadzić nowe rozwiązania sprzyjające rowerzystom itd. Jeżeli budynek ma 20–30 lat, to i tak trzeba się liczyć z jego generalnym remontem. Można przeprowadzić go tak, aby osiągnąć standard zielony. Podczas certyfikacji istniejącego budynku wyszukuje się te obszary, w których można najlepiej poprawić jego efektywność. Przynosi to często bardzo dobre rezultaty. W Polsce ponad 1/3 certyfikowanych budynków stanowią budynki istniejące.

Czy starsze budynki mogą wygrać z nowymi i mieć lepszą certyfikację?

Budynek budynkowi nierówny. Może okazać się, że starszy budynek jest bardzo dobrze zaprojektowany, czyli jest odpowiednio zorientowany wobec słońca, nie przegrzewa się (mniej chłodzenia), nie jest w nim ciemno (mniej sztucznego oświetlenia), ma kompaktową bryłę (mniej mostków cieplnych i strat ciepła). Jego supernowoczesny sąsiad wzniesiony rok albo dwa lata temu, zlokalizowany w dużo trudniejszych warunkach, ze skomplikowaną bryłą i nafaszerowany energochłonną maszynerią może osiągać podobne wyniki. To są indywidualne sytuacje. Przy dużych i skomplikowanych technologicznie obiektach bardzo przydają się systemy modelowania energetycznego, gdzie precyzyjnie oblicza się potencjał obiektu. Ogromne znaczenie ma umiejętne użytkowanie budynku i tutaj duże pole popisu mają zarządcy nieruchomości.

Wracając do tematu lokalizacji i historii działki. Czy budynek, który powstanie na miejsce starego wyburzonego budynku, może dostać wysoki certyfikat? Skoro nie podjęto próby modernizacji poprzedniego?

Masz na myśli niewykorzystanie tych zasobów, które istniały… To jest dobre pytanie. W certyfikacji LEED można uzyskać dodatkowe punkty za wykorzystanie materiału budowlanego pochodzącego z rozbiórki poprzedniego budynku. Nie jest to jednak takie proste, bo materiał może być zanieczyszczony albo w słabej kondycji ograniczającej trwałość budynku – te wszystkie kwestie trzeba wziąć pod uwagę, podejmując decyzję projektową.

Czy te certyfikaty są wrażliwe na historię danej lokalizacji?

Można uzyskać punkty za wykorzystanie elementów budowlanych wcześniejszego obiektu, za realizację inwestycji na obszarze wcześniej zabudowanym lub za przywrócenie „do życia” terenu wcześniej zanieczyszczonego. Z żalem muszę stwierdzić, że zielone certyfikacje w niewielkim stopniu odnoszą się do dziedzictwa kulturowego i pamięci, niemniej jednak ten temat pojawia się w kontekście certyfikacji małych obszarów zabudowanych (LEED for Neighbourhood Development).

Świetnie zlokalizowana działka w śródmieściu, na której jest ostatni większy skwer w okolicy, została zabudowana przez budynek. To co wtedy?

Niestety, to są zagadnienia, których certyfikacja za nas nie rozwiąże. Dajmy się wykazać władzom miasta.

Ale czy certyfikacja potrafi zobaczyć takie kwestie, jak zabudowa skweru?

Certyfikacja LEED „widzi” tereny zieleni, rolnicze, zalewowe, brzegi rzek i jezior oraz siedliska zagrożonych gatunków. Za rezygnację z zabudowy na takim terenie można uzyskać dodatkowe punkty.

Na czerwcowej debacie Fundacji Blisko Mieszkania2030. Jaka polityka mieszkaniowa dla Warszawy? mówiłaś o certyfikatach, które zakładają też zdrowie, szczęście, takich jak Living Community Challenge.

Living Community Challenge jest „odnogą” Living Building Challenge, jednego z ciekawszych i zarazem najbardziej bardziej wymagających systemów certyfikacyjnych. Podobnie jak w wypadku LEED for Neighbourhood Development czy BREEAM Community, LCC koncentruje się na rozwijaniu zrównoważonych społeczności i obejmuje siedem kryteriów: Miejsce, Woda, Energia, Zdrowie i Szczęście, Materiały, Równość, Piękno i Duch. W ramach tych kryteriów opisanych jest 20 imperatywów, z których każdy musi być spełniony.

Nie da się więc pominąć pewnych wytycznych i nadrobić na innych?

Nie. Trzeba zrobić wszystko, choć w ramach imperatywów jest przestrzeń na pewną elastyczność i uwarunkowania regionalne. W przypadku LCC szczególnie ciekawe są kryteria nieistniejące w LEED i BREEAM, czyli Równość (Equity) oraz Piękno i Duch (Beauty & Spirit)

Czyli?

Równość jest rozumiana jako wyrównany dostęp dla wszystkich ludzi, niezależnie od ich fizycznych możliwości, wieku czy socjoekonomicznego statusu.

Chodzi o projektowanie uniwersalne?

Chodzi o niezagarnianie przestrzeni przez sprawniejsze osoby o wyższym dochodzie. Ten imperatyw zobowiązuje do budowania przestrzeni dostępnych dla niepełnosprawnych i domów o ograniczonej powierzchni (spokojnie, mówimy o systemie stworzonym w Ameryce, ograniczenie wynosi ponad 400 m2) na ograniczonej powierzchniowo działce, o budowaniu odpowiedniej ilości dróg, skrzyżowań i ścieżek, o swobodnym i darmowym dostępie do słońca, wody i powietrza oraz o dostępie do miejsc handlowych, zgromadzeń, pracy i nauki w promieniu 400 m od domu.

A piękno i duch?

Ten imperatyw mówi, że społeczność powinna mieć możliwość celebrowania kultury i duchowości poprzez sztukę w swoim najbliższym otoczeniu.

Chciałabym cię zapytać jako architektkę, czy budynki spełniające wymogi certyfikacji zostawiają pole dla ciekawej formy? Zarzutem, który często pada wobec efektywnych energetycznie budynków, jest to, że one są koszmarnie brzydkie.

Nie zgadzam się z tym. Przypuszczam, że w wypadku pierwszych budynków pasywnych, które były budowane dokładnie według modelu wypracowanego przez zespół naukowców, nikt się specjalnie estetyką nie zajmował. Dzisiaj budynki pasywne mają bardzo różne formy i w sensie estetycznym nie odróżniają od innych. Oczywiście bryła budynku pasywnego jest przeniknięta pasywną filozofią, może mieć grubsze ściany, duże okna od południa i inne pasywne elementy wpływające na efektywność energetyczną budynku, ale kwestie estetyczne pozostają w gestii wrażliwości i umiejętności architekta. Nie uważam, aby wymogi związane z energooszczędnością czy innymi zrównoważonymi aspektami stanowiły jakieś ograniczenie. Nowe technologie budowlane rozwijają się bardzo szybko, coraz więcej możemy zrobić za pomocą nowych materiałów. Gdy popatrzysz na miasto, to nie odróżnisz po fasadzie, który biurowiec jest certyfikowany, a który nie. Wszystkie wyglądają mniej więcej tak samo – są ze stali i szkła.

A gdzie w Warszawie można znaleźć te z certyfikatem?

Certyfikowane budynki biurowe są we wszystkich „biurowych” dzielnicach – na Służewcu, Woli czy Okęciu. Polecam bazę budynków certyfikowanych na stronie Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego, tam można znaleźć wszystkie informacje. Jedyny w Warszawie wielorodzinny budynek pasywny jest w Ursusie, tu polecam stronę Polskiego Instytutu Budownictwa Pasywnego. Wracając do kwestii estetycznych i wizualnego odbioru certyfikowanych inwestycji, to myślę, że dla zwykłego odbiorcy konfudujące jest to, że wokół tych „zielonych” budynków często nie ma ani jednego drzewa. To jest słuszny zarzut stawiany certyfikacjom, że z jednej strony są systemowo bardzo głęboko przemyślane, z filozofią trawioną przez 20 lat, ale z drugiej strony dla zupełnie zwykłego użytkownika nie mają oferty odpowiadającej wyobrażeniu o zrównoważonym budynku – czyli że tam będzie zieleń, powietrze, jakaś przyjazna przestrzeń. Wszędzie beton.

Te budynki nie kojarzą się z wysoką jakością życia.

Dlatego pojawiają się nowe certyfikacje związane z tzw. wellbeing, czyli jakością życia, takie jak WELL Building Standard stworzony przez International WELL Building Institute (IWBI), w którym monitoruje się wpływ fizycznego otoczenia na zdrowie, produktywność, samopoczucie i komfort użytkowników. W środowiskach zajmujących się zrównoważonym rozwojem od pewnego czasu mówi się, że przeżywamy etap „Sustainability 2.0”. W pierwszym okresie skupiono się w większym stopniu na „twardych” aspektach związanych ze środowiskiem i technologią niż na „miękkich” ludzkich potrzebach. To z kolei wywołało przekonanie, że życie w zgodzie ze zrównoważonymi zasadami wymaga od zwykłych użytkowników zbyt wielu poświęceń. Teraz jesteśmy na etapie definiowania i odpowiadania na bardziej złożone ludzkie potrzeby.

Na świecie na nowo odkrywa się terapeutyczną rolę zieleni (co swoją drogą jest dość zabawne, bo wystarczy przypomnieć sobie, że niegdyś ogród był np. nieodłączną częścią kompleksu szpitalnego). Żartując trochę, powiem, że z perspektywy „starego” systemu certyfikacyjnego taka nowoprojektowana zieleń bywa najgorszym złem, bo wymaga nawadniania, naświetlania i w ogóle za dużo wszystkiego zużywa. Najlepiej by było, żeby była niewymagającą zabiegów lokalną byliną, której widok niekoniecznie musi ludziom sprawiać wielką estetyczną przyjemność. Takie podejście dzisiaj się zmienia i systemy certyfikacyjne dostosowują się do zdefiniowanych na nowo potrzeb użytkowników. 

Czy zrównoważone budownictwo musi dbać o samopoczucie ludzi, którzy z niego korzystają?

W certyfikacjach zwraca się uwagę na jakość powietrza wewnątrz budynku (co wiąże się z częstotliwością wymian, filtrowaniem, nawilżaniem, temperaturą, prędkością powietrza, rozmieszczeniem nawiewów, czujnikami np. poziomu CO2 itd.). To jest masa parametrów, które nic normalnemu człowiekowi nie mówią, on wie tylko, czy w danej przestrzeni dobrze się czuje, czy raczej często boli go głowa, przeziębia się, ma sucho w gardle itd. Do wykończenia i meblowania pomieszczeń używa się materiałów o ograniczonej emisji lotnych związków organicznych, które u wielu ludzi powodują alergie. Palenie papierosów uważa się za tak szkodliwe dla otoczenia, że w zielonych budynkach i ich otoczeniu nie można palić, z wyjątkiem specjalnych kabin, które najczęściej ustawia się poza budynkiem. Odizolowanie od hałasu, odpowiednie oświetlenie, dostęp do światła dziennego i regenerujący widok z okna również wpływają na nasz nastrój i chęć do życia. Standardy takie jak WELL do tej grupy zagadnień dodały kwestie związane z dostępem do zdrowej żywności, możliwością wyciszenia lub uprawiania sportów, zapewnieniem przestrzeni dla dzieci i rodziny, kontaktu z przyrodą, elastyczności i partycypacji w projektowaniu itp. Jest to oczywiście odzwierciedlenie aktualnych trendów dotyczących stylu życia użytkowników.

A dostęp do świeżego zewnętrznego powietrza i możliwość otwierania okien?

To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Budynki efektywne energetycznie, zarówno biurowe, jak i mieszkalne mają systemy wentylacji, odzysku ciepła i odpowiedniej filtracji powietrza, które sprawiają, że to powietrze w środku budynku jest bardzo dobrej jakości. Wydawałoby się, że w naszej obecnej sytuacji, kiedy mamy tak zanieczyszczone powietrze, wszyscy powinniśmy chcieć mieszkać w takich domach i pracować w takich biurach. Tymczasem wizja braku otwieranego okna budzi ogromny sprzeciw i niechęć potencjalnych użytkowników. Cały czas mamy przekonanie, że otwarte okno zapewni nam bezpieczny dopływ świeżego powietrza. Otwierane okno jest naturalną i bardzo silna potrzebą, zarówno u pracowników biurowców, jak i mieszkańców domów. Jeśli przyjrzeć się nowym realizacjom, to widać, że coraz więcej budynków biurowych powstaje z opcją otwierania okien, wyjścia na balkon czy taras. Jest to prawdziwym nieszczęściem dla instalatorów, którzy muszą projektować systemy HVAC z uwzględnieniem nieprzewidywalnego zachowania użytkowników i warunków zewnętrznych.

Mówiłaś, że są różne narodowe standardy. Czy my mamy polski standard?

W ubiegłym roku powstał pierwszy polski standard wielokryterialny, dotyczący budownictwa komercyjnego – Green Building Standard (GBS) opracowany przez Ogólnokrajowe Stowarzyszenie Wspierania Budownictwa Zrównoważonego. Ten standard skupia się przede wszystkim na zapewnieniu wysokiego komfortu użytkowania i niskiego zużycia energii. Nie mamy niestety polskiego standardu wielokryterialnego dla budownictwa mieszkaniowego. Nie mamy nawet standardu dotyczącego efektywności energetycznej. Inne kraje europejskie mają własne standardy narodowe, część z nich ma swoje edycje międzynarodowe. Francuzi rozwinęli system HQE (Haute Qualité Environnementale), Niemcy mają DGNB (Deutsche Gesellschaft fur Nachhaltiges Bauen), Brytyjczycy testowali różne rozwiązania, z BREEAMem na czele. Kraje nordyckie mają system SWAN powiązany z Ecolabel. który nie jest systemem certyfikacji, tylko systemem etykietowania bardzo różnych produktów. Ponad 60 grup obejmuje produkty od szamponu czy mydła, poprzez meble, aż do budynków.

Czy miasta mają swoje certyfikaty lokalne?

O systemach certyfikacyjnych miast nie słyszałam, ale miasta mogą raportować swoje osiągnięcia w obszarze zrównoważonego rozwoju inaczej. Warszawa raportuje w modelu GRI w wersji G4 (Global Reporting Initiative) i jeśli dobrze pamiętam, jest w tej kwestii w czołówce jako drugie miasto w Europie, które podjęło się tego wyzwania. Trzeba zaznaczyć jednak, że raportowanie wg GRI nie dotyczy wyłącznie budownictwa, ale wszelkich kwestii związanych ze zrównoważonym zarządzaniem miastem.

W ramach przygotowań programu mieszkaniowego m.st. Warszawy Mieszkania2030 będziemy szukać odpowiedzi na pytanie, jak taki standard zrównoważonego mieszkalnictwa mógłby wyglądać. Jak powinno wyglądać takie zrównoważone osiedle?

Patrząc na doświadczenia systemów wielokryterialnych oraz pojawiające się trendy, trzeba rozważyć, jakie kryteria byłyby istotne w naszych warunkach. Myślę, że na pewno trzeba uwzględnić kwestie związane z mitygacją negatywnego wpływu na środowisko naturalne (tu szeroki wachlarz zagadnień od lokalizacji, przez efektywność zużycia energii i wody, po materiały i odpady), elastyczność w dostosowaniu do zmieniających się warunków klimatycznych, ekonomicznych i społecznych, oraz kwestie związane z jakością życia i dobrym samopoczuciem (jakość powietrza i wody, dostęp do przestrzeni publicznych, zieleni i miejsc aktywności fizycznej, mobilność, dostęp do nieprzetworzonej zdrowej żywności, zapewnienie usług zgodnych z potrzebami użytkowników oraz uwzględnienie przestrzeni na sztukę, dziedzictwo kulturowe, pamięć i duchowość). Oczywiście, są to teoretyczne założenia, program takiego osiedla powinien powstać w trybie szeroko zakrojonych konsultacji, zarówno z potencjalnymi użytkownikami, jak i interesariuszami instytucjonalnymi.

Dziękuję.

 

Justyna Biernacka –  architektka, trenerka, działaczka społeczna. Ma blisko 15 lat doświadczenia w zakresie architektury, zielonego budownictwa i zrównoważonego rozwoju. Tworzyła strategie zrównoważonego rozwoju oraz wdrażała innowacyjne rozwiązania z zakresu zielonego budownictwa w projektach nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych. W latach 2010-2015 związana z firmą Skanska, gdzie zajmowała się kwestiami efektywności energetycznej budynków i emisji CO2, oszczędnością zużycia wody i zasobów naturalnych, wykorzystania zrównoważonych materiałów budowlanych i gospodarki odpadami oraz strategią tworzenia przyjaznych i dostępnych przestrzeni publicznych towarzyszących realizacji nowych inwestycji deweloperskich. Posiada certyfikaty LEED AP BD+C Green Building Council oraz Passive House Ceritified Designer Passivhaus Institut Darmstadt. Należy do Izby Architektów RP i Stowarzyszenia Architektów Polskich (zespół ekspercki ds Warszawskich Centrów Lokalnych). Autorka (razem z Patrycją Dołowy) cyklu warsztatowego i publikacji „Miasto Oczami Kobiet” zrealizowanego w Fundacji MaMa w 2012 r. Współzałożycielka Stowarzyszenia Moja Narbutta, działającego na rzecz społeczności Starego Mokotowa w Warszawie. Członkini Rady Programowej Fundacji Blisko.

Brak komentarzy

Napisz komentarz